Leczo z pieczonymi ziemniaczkami

Jednogarnkowe dania, czy też dania przygotowywane w jednej patelni są tymi, które należą do moich ulubionych. Samo leczo wywodzi się z kuchni węgierskiej i jest to bardzo prosta potrawa z połączonych ze sobą kilku składników. W mojej wersji występuje smażona na smalcu kiełbasa, do której stopniowo dokładam poszczególne warzywa. Ważna informacja – nie duszę tej potrawy! Wszystkie składniki podsmażam w kilkuminutowych odstępach. Więcej na ten temat dowiesz się z przepisu, który dzisiaj dla Ciebie przygotowałam.
Potrzebne będą Ci:
4 kiełbasy,
2 papryki (żółta i czerwona),
5 pieczarek,
1 cebula,
2 ząbki czosnku,
1 i ½ cukinii,
4 ziemniaki,

Przyprawy jakich użyłam do tego dania:
Sól, pieprz mielony
Słodka czerwona papryka,
Smalec, olej,
Przyprawa do ziemniaków i frytek

Przygotowanie:
Dziś podzieliłam przygotowanie posiłku na dwa etapy, zważywszy na fakt, iż to ziemniaczki będą potrzebowały więcej czasu na dojście w piekarniku. Tak też nimi zajęłam się na początek. Obrane i umyte ziemniaki pokroiłam w kawałki – kostkę większą niż ziemniaki krojone do zupy. Dodałam dwie łyżki oleju i posypałam całość przyprawą do ziemniaków i frytek firmy Prymat (uwaga to nie jest sponsorowane, większość moich przypraw w domu jest z tej firmy)

Blachę z piekarnika wyłożyłam papierem do pieczenia. Moje przyprawione ziemniaczki przełożyłam na tę blachę i wstawiłam do nagrzanego piekarnika 200stopni na około 35 minut. Podczas przyprawiania ziemniaków na dnie oddzieliła się woda i olej, wszystko to wylałam również na blachę. 10 minut przed końcem pieczenia, upewniam się czy ziemniaki są już miękkie. Posypuje je solą i pozostawiam jeszcze w piekarniku podkręcając jego moc do maximum – dzięki temu nabiorą chrupkości.


Etap drugi to przygotowanie dania głównego – leczo w akcji.

Kiełbasę pokroiłam w pół a następnie w pół księżyce. Wrzuciłam na rozgrzaną patelnie, na której roztopiłam odrobinę smalcu. Pod koniec smażenia wcisnęłam dwa ząbki czosnku na około 3 minuty, tak by ten się zarumienił. Żółtą i czerwoną paprykę wraz z cebulą pokroiłam w dużą kostkę i dorzuciłam na patelnię by wszystko razem podsmażyć przez co najmniej 10 minut. W między czasie przygotowałam cukinię i pieczarki, które zostały pokrojone również na większą kostkę i dołożyłam na patelnię. Wszystkie składniki połączyłam ze sobą przyprawiając solą, pieprzem i mieloną słodką papryką. Smażyłam jeszcze przez 15 minut na średniej mocy grzania kuchenki. Przez cały ten czas moja patelnia była bez przykrywki – nie chciałam dusić swojej potrawy.

Ziemniaki w piekarniku były gotowe w tym samym czasie co leczo. Całość przygotowania tego dania zajęła mi około 40 minut.


Oczywiście leczo te możesz podać z pieczywem chrupkim lub bez niczego, wszystko zależy od Twoich upodobań. Smacznego! 😊

Szybka i tania metamorfoza kominka

Mieszkanie, w którym przyszło założyć Nam swoje gniazdo na angielskiej ziemi, w salonie posiada kominek. Kolorystyka tego przedmiotu nie spodobała mi się od samego początku i w sumie żałuję, że nie wzięłam się za jego przemianę, kiedy nasz flat był remontowany i przygotowywany pod przeprowadzkę. Może wtedy zorientowałabym się, że jest on łatwy do demontażu i po prostu wywaliłabym go na śmietnik, zyskując miejsce na wymarzoną kanapę. Ktoś z was pewnie pomyśli sobie - to czemu nie zrobisz tego teraz? Cóż w salonie, jak i w całym mieszkaniu, mamy carpety (dywany). Pod kominkiem brakuje tego elementu. Dokupowanie i docinanie w miejsce dziury dywanu, malowanie kawałka ściany na którym wisi kominek to dodatkowe koszty i przede wszystkim czas i wysiłek. Bo przecież musiałabym cały pokój malować :P Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. I do jego obecności zdążyłam się już przyzwyczaić. Jedyne co mi w nim przeszkadzało to ciemny kolor nie pasujący do reszty przedmiotów w salonie. Zabierałam się za jego przemalowanie zbyt długo. Ale w końcu nastał weekend, gdzie powiedziałam sobie, że musze koniecznie to zrobić. Bo jak nie dziś to, kiedy? :>
Do całej metamorfozy potrzebowałam

Farbę, wałek, korytko, papier ścierny, szpachlę do drewna, troszkę czasu, cierpliwości oraz małej pomocy sąsiadki.

Kominek przykręcony jest do ściany na 4 śruby, które przy pomocy wkrętarki szybko odkręciłam. Drewnianą część przetarłam papierem ściernym a małe ubytki w blacie potraktowałam szpachlą do drewna. Gdy ta wyschła wyrównałam powierzchnię średniej gradacji papierem ściernym. Oczyściłam z kurzu kominek i zabrałam się za jego malowanie. Pokryłam go 3 warstwami farby. Poczekałam aż wyschnie i poprosiłam Starego o pomoc w jego zamontowaniu. 

Wcześniej nie mieliśmy podłączonego go do prądu, tak też tym razem postanowiliśmy, że dam mu nowe życie w całości. Poza zmianą koloru Nasz kominek będzie rozświetlał Nam długie wieczory spędzane w salonie. Przyznaję, że całość wygląda uroczo. Z efektu końcowego jestem bardzo zadowolona. Taka mała zmiana, a w salonie zrobiło się jaśniej i czyściej. Aż chętniej patrzę w stronę, gdzie kominek wisi.

Angielskie budownictwo ma to do siebie, że w każdym domu czy flacie możemy spotkać kominki. Oczywiście nie wiem, jak jest w tych które budowane są obecnie, ale z pewnością stare domy czy mieszkania posiadają taki gadżet w salonie. Czy jest to rzecz zbędna czy potrzebna o tym rozwodzić się nie będę. Ale przyznać muszę, że jakiś urok w sobie te kominki posiadają. 

PS. Mieszkanie nie jest jeszcze Naszą własnością, ale gdy tylko zdecydujemy się na jego wykup to z pewnością, zrobimy, jak i przyda się temu miejscu gruntowny remont - taki od podstaw. 

Na dole moja córka prezentuje Wam jak kominek wyglądał do dnia dzisiejszego - Daj znać w komentarzu co myślisz o tej metamorfozie wykonanej bardzo niskim kosztem :)


Filet rybny w sosie grzybowym

Nigdy nie sądziłam, że takie połączenie jak ryba i grzyby zda egzamin. Jakże bardziej mylnego podejścia nie mogłam mieć :) Całkiem z przypadku, jak większość moich kulinarnych dań, powstał ten obiad w któreś popołudnie. Sprzątając w kuchennej szafce, takiej typowo spożywczej, natknęłam się na grzyby z polskich zbiorów mojej mamy, a że rybę miałam już wyciągniętą i gotową do obróbki, to sobie pomyślałam czemu nie!
Potrzebne składniki:
25g suszonych grzybów
2 filety ryby (w moim przypadku Basa z Lidla)
2 ząbki czosnku
1 cebula
150ml śmietany 30%
2 torebki ryżu
buraczki (gotowane buraki z Lidla)
Przyprawy:
sól, pieprz, koper suszony, ziele angielskie mielone,
gałka muszkatołowa, czosnek granulowany,
słodka papryka w proszku, czosnek w płatach, kurkuma

Przygotowanie
Pierwsze co musisz zrobić to sparzyć suszone grzyby. Ja wsypałam swoje do miski i zalałam wrzątkiem wody, przykryłam talerzykiem i zostawiłam na około 3 godziny. Rybę kroje w niewielkie kwadraty, przyprawiam pieprzem i solą oraz skrapiam odrobiną soku z cytryny. Tak przygotowaną rybę odstawiam również na około 3 godziny. Gdy moje grzyby są już gotowe odcedzam je za pomocą durszlaka. Cebulę kroję w niewielką kostkę i podsmażam na łyżeczce masła. Dodaję drobno pokrojone grzyby, wciskam dwa ząbki czosnku, przyprawiam solą, pieprzem i słodką czerwoną papryką. Podsmażam wszystko kilka minut. W między czasie gotuję ryż. Do wody dodaję odrobinę soli i łyżeczkę kurkumy, dzięki temu produkt zmieni swój kolor na intensywnie żółty - co możesz zobaczyć na zdjęci.
Wracamy teraz do produktów na patelni, zmniejszam moc grzania na minimum i do gotowych grzybów z cebulką wlewam śmietanką 30%. Przyprawiam solą, pieprzem, odrobiną ziela angielskiego oraz gałką muszkatołową. Do tak przygotowanej bazy sosu kładę na wierzch moją rybę. Dorzucam pięć płatków suszonego czosnku i pozostawiam pod przykryciem około 10 minut. Gdy upewniam się, że moja ryba jest już gotowa, posypuję wszystko koperkiem suszonym (pół łyżeczki) Możesz dodać świeży koper drobno posiekany, smak będzie bardziej wyrazisty. Ja takiego w danym momencie nie posiadałam więc i poratowałam się koprem suszonym. Szczypta granulowanego czosnku i prawie gotowe. A kiedy będzie gotowe? Gdy śmietanka się zredukuje i sos nabierze gęściejszej konsystencji. 

Buraczki gotowane z Lidla - w opakowaniu jest około 4/5 sztuk Miksuję je w blenderze z odrobiną pieprzu i soli dodając pól łyżki octu. Tak przygotowane są wspaniałym dodatkiem do wielu dań. Swoją drogą wykorzystuje je również do barszczu, który bardzo lubimy. 

I dziś to by było na tyle Kochani, do następnego :) <3

L’Oréal True Match || Czy to podkład idealny?

W swoim życiu przerobiłam naprawdę wiele podkładów do twarzy. Ciągle poszukiwałam takiego, który spełni wszystkie moje oczekiwania. A przede wszystkim takiego, który będzie pasował kolorystycznie do mojej cery. Już nawet nie pamiętam jak dokładnie L’Oréal True Match znalazł się w moim posiadaniu i co skłoniło mnie do jego zakupu, ale tak jakby to nie jest istotne. Ważniejszy jest fakt, że ten gagatek już pod koniec zeszłego roku trafił w moje ręce. Ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym od razu dobrze dobrała odcień. Kupiłam go w jednej z angielskich drogerii stacjonarnie. Wybrałam odcień o nazwie Rose Ivory 1.C, który w sztucznym świetle pomieszczenia wydawał mi się idealny do mojego typu. Niestety tak nie było! Zaraz po jego aplikacji okazał się za ciemny na dzień dobry a do tego oksydował dość mocno robiąc z mojej twarzy pomarańczową plamę. Wiadomym było, że nie skorzystam z tego podkładu więcej tak tez wybrałam się na polowania raz jeszcze. Uparłam się na True Mutch - musiałam znaleźć właściwy odcień. Tym razem zdałam się na swój instynkt i bez większego biadolenia postanowiłam kupić Porcelaine 0.5N Czy to był odpowiedni wybór?
L’Oréal True Match Porcelaine 0.5C to podkład, na który długo czekałam. Ostatnimi czasy moja cera nie sprawia mi większych problemów. Dawno zapomniałam o większych ilościach wyprysków, które kiedyś niemal co chwilę szpeciły moją twarz. Owszem od czasu do czasu zdarzy się jakaś nieestetyczna krostka, ale w gruncie rzeczy mogę śmiało stwierdzić, że jest ona w nienagannym stanie. Nie potrzebuję dużego krycia, bardziej skupiam się na ujednoliceniu kolorytu na swej twarzy. Niektóre obszary, takie jak czoło, nos lub broda są zaczerwienione i dla własnego komfortu psychicznego z rana używam podkładu. Przeważnie dwa naciśnięcia pompki wystarczają mi w zupełności by zakryć oraz wyrównać to i tamto.

Produkt zamknięty jest w szklanej buteleczce. Wydobywamy go za pomocą pompki, która pracuje znakomicie. Mam już trzecie opakowanie (nie wliczając w to tego nietrafionego) tego podkładu i przy każdym z nich nie miałam z nią problemów. Szklany, przeźroczysty pojemniczek pozwala na kontrolowanie ilości produktu w środku. True Match nie osadza się na ściankach, w całości spływa na dno opakowania co pozwala na wyciśnięcie z niego niemal każdej kropli. Ciekawym jest fakt, gdy zawsze dobijam do jego dna, pompka zaczyna mi to sygnalizować. Podczas aplikacji końcówki produktu naciskając pompkę ta w taki nienaturalny sposób odskakuje pod moim palcem, co świadczy, że czas zrobić zapas.
Czym kieruje się przy wyborze podkładu do twarzy? Przede wszystkim chodzi mi o wyrównanie kolorytu, rozświetlenie mej cery oraz uniknięcia efektu maski. L’Oréal True Match zapewnia mi wszystkie te trzy priorytety, przy czym nie wysusza mojej skóry. Odcień 0.5N jest dla mnie właściwy. 
Ważny jest też fakt, że nie oksyduje na mojej buzi. A jeśli chodzi o trwałość to chciałabym się tutaj troszeczkę zatrzymać. Generalnie używam tego podkładu codziennie. Często dotykam swojej twarzy, lekko się drapiąc po policzku czy też czole lub na szyi. Podpieram swoją brodę, dotykając w ten sposób palcami dłoni swojego policzka.  Po zerknięciu w lusterko podkład jest ciągle na swoim miejscu. Jedyny problem jaki z nim mam to skrzydełka nosa. Już po kilku godzinach od wyjścia z domu, lekkie dotknięcie dłonią tej okolicy zmazuje niemal do zera produkt w tym miejscu. I generalnie nie mogę tego faktu rozgryźć. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje akurat w tej okolicy twarz. Po całym dniu w pracy podkład w 99% znajduje się na swoim miejscy. Czoło, broda policzki wszystko jest w nienaruszonym stanie. Natomiast okolica nosa wygląda jakby nie była pomalowana. Czy ktoś mógłby mi to wytłumaczyć?
Wracając do pozytywnych stron L’Oréal True Mach muszę tutaj koniecznie podkreślić, że produkt ten nie waży się na twarzy oraz nie wchodzi w zmarszczki. Na co dzień noszę okulary i miewam problem z podkładem pod noskami. W przypadku True Match nie mam żadnego przykrego doświadczenia z ciasteczkowaniem się fluidu pod powierzchnią okularów, która dotyka bezpośrednio mojej skóry na twarzy. 

Długo szukałam idealnego podkładu, takiego który będzie współgrał z moim kolorytem. Jestem osobą o bardzo bladej karnacji. Część cery jest zaczerwieniona a najjaśniejsze podkłady większości marek są dla mnie za ciemne. Odcinają się na szyi, tworząc efekt maski lub wymalowania niczym klaun. Po wykorzystaniu 3 opakowań L’Oréal True Match mogę śmiało stwierdzić, że ideał jednak istnieje. Cudownie wtapia się w moją skórę na twarzy bez pudrowego efektu. Cera po jego nałożeniu jest promienna z satynowym wykończeniem. Różnorodność gamy kolorystycznej jaką oferuje nam producent śmiało pozwoli znaleźć coś dla każdej z nas. Jest to produkt, który nie zmienia swojego tonu, podczas jego noszenia. Pomimo tej jednej wady (wycierania się w okolicy skrzydełek nosa)  jestem w stanie sięgnąć po niego 4, 5 czy 6 raz. Już tak mam, gdy coś mi podpasuje nie szukam zamienników.


A czy Ty znalazłaś swój idealny podkład, który ewentualnie mogłabym wypróbować u siebie? Podziel się swoimi perełkami w komentarzu pod tym postem :)

Spaghetti bolognese || Szybki i łatwy przepis

Hallo, hallo czy są tutaj jacyś miłośnicy kuchni włoskiej? Mam dla Was dzisiaj danie łatwe i szybkie do ugotowania – spaghetti bolognese. Obiecuję, że z jego przygotowaniem nie będzie miał problemu nawet początkujący kucharz amator, władający nożem i widelcem w domowym zaciszu, a i każde dziecko skusi się na tak przyrządzony makaron. W takim razie bez zbędnego przeciągania zapraszam na dalszą część 😊

Potrzebne składniki:
400 gram mięsa mielonego
500 gram passata pomidorowa
cebula
2 ząbki czosnku
tarty ser mozzarella
sól i pieprz 
czerwona słodka papryka
pół łyżeczki cukru
suszone oregano
świeża bazylia lub opcjonalnie suszona
makaron spaghetti

Przygotowanie:
Cebulę kroję w większą kostkę i podsmażam na odrobinie masła, po kilku minutach podlewam lekko wodą, zmniejszam gaz i pozostawiam pod przykryciem by się poddusiła. Następnie dodaję mięso, które kilka godzin wcześniej przyprawiłam solą, pieprzem i czerwoną słodką papryką. Smażę do momentu aż mięso będzie gotowe. Następnie prażę je, by rozpadło się na drobne kawałeczki. To jest wyłącznie moje upodobanie, jestem zwolenniczką bardzo drobnego mięsa w tym sosie. Całość zalewam passatom pomidorową. Przyprawiam solą, pieprzem i papryką. Dodaję pół łyżeczki cukru by zredukować kwasowość passaty. Jeśli posiadasz świeżą bazylię możesz wrzucić kilka jej listków do środka. Wyłączam palnik po około 5 minutach, w tym czasie wciskam dwa ząbki czosnku do środka, dodaję około 1/4 łyżeczki suszonego oregano i pozostawiam pod przykryciem na następne 5 minut. 

Ugotowany makaron wykładam do miseczki, dodaję jeszcze ciepły sos i posypuję odrobiną sera mozzarella. Całość dekoruje listkami bazylii i możemy podawać. Daję gwarancję, że każde dziecko będzie zajadać się tak przygotowanym spaghetti bolognese ;)

Smacznego 😊

Kasza pęczak i kuskus w roli głównej || Zapiekanka

To nie jest tak, że nagle podczas kwarantanny odkryłam w sobie zamiłowanie do kulinarnych poczynań. Ten stan utrzymuje się u mnie dość długo. Ba! Nawet miałam swój epizod w szkole hotelarskiej z połączonym profilem gastronomicznym. A to muszę przyznać było dawno temu – w końcu na karku mam okrągłą trzydziestkę 😉 Jako że bloga mam długi czas a na Instagramie zaczęłam pokazywać swoje poczynania w kuchni pomyślałam sobie, czemu by nie połączyć tych dwóch? I tak oto powstała kategoria KITCHEN, gdzie zamieszczać będę swoje autorskie przepisy kulinarne. Nie przeciągając zbyt długo zapraszam na zapiekankę z kaszy – pęczak i kuskus.
Potrzebne składniki:

1 woreczek kaszy pęczak
1 woreczek kaszy kuskus
1 puszka czerwonej fasoli
2 cebule
2 ząbki czosnku
6 pieczarek
2 surowe jajka
Pół cukinii
Kilka suszonych pomidorów w zalewie
Około 200 gram szpinaku
Kawałek pora
Dwie garści tartego sera mozzarella

Generalnie większość proporcji jest przypadkowa. Staram się, aby w całości wykorzystać produkty z lodówki. Nie lubię marnować jedzenia. Dlatego też widzicie tutaj kawałek pora czy pół cukinii – wykorzystałam je wcześniej do innego dania.

Na rozgrzaną patelnię wrzucamy pokrojoną w kostkę cebulę i szpinak wraz z porem, który pocięłam na paseczki. Wszystko ładnie podsmażamy na odrobinie masła. Czosnek przeciskamy przez praskę i łączymy go z produktami na patelni.

Swoją drogą, zasłyszałam od jednej osoby, żeby nie stracić cennych składników z czosnku należy dodać go kilka minut przed końcem przygotowania potrawy, lecz nie wiem na ile jest to prawdą?  W moim przypadku używam go przeważnie na początku przyrządzania dania. 

Następnie dodajemy fasolę wraz z pokrojonymi w kostkę pieczarkami oraz cukinią. W międzyczasie gotujemy kasze. Gdy nasze warzywa są lekko podduszone łączymy całość najpierw z kaszą kuskus a następnie z kaszą pęczak. Przyprawiamy pieprzem i solą. Zdecydowałam się dodać do wszystkiego płatki suszonego czosnku, kilka dla uwydatnienia smaku. Ważne jest, aby nie udusić warzyw zbyt mocno, ponieważ całość spędzi kilka minut w piekarniku i wtedy zamiast dania może zrobić się niesmaczna i nieestetyczna papka warzywna.
Gdy połączymy wszystkie składniki na patelni przekładamy je do naczynia żaroodpornego. Zalewamy całość dwoma surowymi roztrzepanymi jajkami. Posypujemy tartym serem mozzarella i wkładamy do nagrzanego piekarnika. Grzanie góra dół - 180stopni/20 minut. Całość posypałam świeżo posiekaną natką pietruszki
Propozycje podania są dwie. Aczkolwiek o pierwszej w przyszłości zapomnę, jeśli będę serwować tę zapiekankę dla Chłopa :D Bo wiecie, gdy w domu masz Niedźwiedzia to jarskim żarciem jego kubków smakowych nie uraczysz. Także, nauczona na błędzie dnia poprzedniego podsmażyłam pierś z kurczaka oprószoną przyprawą kebab – gyros i tak oto stałam się bohaterką we własnej kuchni a Chłop zachwalał danie w najlepsze 😊



Łatwość wykonania tego dania sam mnie zaskoczyła. Mam nadzieję, że przedstawiony przeze mnie przepis jest klarowny i zrozumiały. Koniecznie podziel się swoją wersja, jeśli zdecydujesz się na przygotowanie tej zapiekanki.


Burrito moja wersja – to pierwszy amatorski przepis na moim blogu, gdzie również Cię zapraszam

Kociołek Panoramiksa || Burrito - Moja wersja

Jestem kulinarnym amatorem i dobrze mi z tym. W mojej kuchni panuje zasada NA OKO Nigdy nie wyważam składników, potrawy zawsze próbuje na każdym ich etapie i wtedy ewentualnie oceniam, czy coś schrzaniłam czy może czegoś brakuje 🙈Ostatnio podczas spontanicznego robienia spaghetti dostałam olśnienia i tak oto powstało moje burrito a raczej Kociołek Panoramiksa 🤪
Podane przeze mnie składniki wystarczyły na 3 sztuki burrito. Oto one:

15 dag mięsa mielonego,
1 cebula,
2 ząbki czosnku,
3 suszone pomidory z zalewy,
1 ogórek koszony,
10 nóżek z pieczarki (akurat to miałam w lodówce) spokojnie, możesz zamienić je na całe pieczarki tutaj dałabym sztuk 5,
Pół puszki czerwonej fasoli,
Ćwierć cukinii,
Garść mrożonej kukurydzy
Około 100 mililitrów passaty pomidorowej albo można użyć kilku zblendowanych pomidorów w puszce,
Tarty ser mozzarella do posypania,
Tortille,
Sól, pieprz, oregano, ziele angielskie, pieprz Cayenne

Podsmażam pokrojoną cebulę w kostkę wraz z mięsem mielonym w garnku lub na wyższej patelni. Po kilku minutach dodaje wyciśnięte ząbki czosnku. Cukinie i pieczarki kroje w kostkę. Gdy mięso jest już obsmażone z każdej strony wrzucam warzywa, dodaje pokrojone w paseczki pomidory suszone, kukurydzę oraz fasole i ogórka kiszonego średniej wielkości. Przyprawiamy pieprzem i solą oraz odrobiną mielonego ziela angielskiego. Pozostawiam pod przykryciem około 10 minut na wolnym ogniu. Gdy warzywa są już miękkie dodaje passate, przyprawiamy oregano i pieprzem cayenne. Ilość tego pieprzu zależy od Waszych upodobań, ale zaznaczam to bardzo ostry pieprz.

Gdy mój kociołek jest gotowy wyłączam gaz. W tym czasie biorę placki tortilli zawijam w bawełniana szmatkę i wrzucam na 1minute do mikrofalówki. Pod wpływem ciepła ciasto robi się elastyczne. Na tak przygotowany placek nakładam odrobinę mixu z Kociołka Panoramiksa, posypuję mozzarellą i zawijam. Tutaj muszę dojść do wprawy, bo troszkę mi nie wychodziło, robiłam to wręcz nieudolnie, ale myślę, że można zawinąć to w taki sam sposób jak zawija się krokiety. Na rozgrzaną patelnię wkładam moje Burrito i obsmażam. Uwaga, ważna sprawa - nie dodajemy tłuszczu. Robimy to na suchej patelni do naleśników.  Kilka sekund do zarumienienia się z obu stron. Całość warto posypać posiekaną, świeżą natką pietruszki

I voilà!

Całość moich kulinarnych zmagań możecie obserwować na Instagramie, gdzie w wyróżnionych story zapisałam Wam przebieg powstawania mojej wersji Burrito.

Cud w celi nr 7 || Osoby z niepełnosprawnością intelektualną jako rodzice?

Kilka dni temu obejrzałam film, który moja dobra koleżanka mi poleciła i uwierzcie, jeszcze długo po jego zakończeniu, przeżywałam w sobie wszystkie emocje, jakie towarzyszyły mi podczas jego oglądania. Cud w celi numer 7 to turecki dramat. Dramat przez duże D!

Historia opowiada o niepełnosprawnym intelektualnie mężczyźnie wychowującym samotnie sześcioletnią córkę. Jedyną osobą towarzyszącą mu w tym jest jej babcia - starsza kobieta, której dni są tak na prawdę policzone. Przez pewien zbieg okoliczności młody mężczyzna trafia do więzienia, gdzie ma zostać poddany karze śmierci przez powieszenie na szubienicy. Memo - tytułowy bohater - znalazł się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. Przez co ląduje w tytułowej celu nr 7, gdzie nie ma lekko na samym początku. Upośledzenie umysłowe, z jakim przyszło mu żyć, nie pozwala mu na samoistną ocenę sytuacji w jakiej się znalazł. Natomiast więźniowie postrzegają go jako wariata. Okazuje się jednak, że mężczyźni z tej celi nie są do końca pozbawieni ludzkich uczuć i odruchów. Z biegiem czasu odkrywają iż Memo nie jest dziecięcym mordercą za jakiego bierze go turecki generał, który musiał zmierzyć się ze śmiercią swojej kilkuletniej córki. Przyjaciele, z którymi niepełnosprawny mężczyzna nawiązał silną więź, pomagają zrealizować spotkanie ojca z córką. Jeśli chcesz przekonać się, czy mała Ova zostaje przemycona do więziennej celu by móc spędzić czas z długo niewidzianym ojcem i czy tytułowy bohater zostanie pozbawiony życia, musisz koniecznie zobaczyć ten film.

Cierpienie jakie dotyka głównych bohaterów nie jest nikomu obojętne. Odczuwają je współwięźniowie z celi oraz widz przed ekranem. Całość dramy, jaka się tam rozgrywa, jest podsycana przez fantastyczną muzykę. W sumie melodia jest nieoderwalną częścią tego dramatu. Przeszywająca każdy zakątek naszej duszy. Pobudzająca wyobraźnie. Pozostawiająca w nas bardzo dużo różnych uczuć i emocji, od radości po smutek i żal.
Podczas oglądania tego dramatu nasunęła się do mojej głowy myśl, czy aby na pewno osoby z niepełnosprawnością intelektualną mogą samodzielnie wychowywać dzieci? To pytanie nigdy wcześniej nie zaprzątało mojego umysłu lecz po obejrzeniu Cud w celi numer 7 zaczęłam się nad tym głębiej zastanawiać i jestem ciekawa również Twojego zdania w tym temacie.

Osobioście jestem rozdarta między odpowiedzią na wyżej wymienione pytanie. Z jednej strony przemawiają emocje i empatia, które we mnie siedzą. Bez większego przemyślenia odpowiedź jest jedna - oczywiście, że tak! Przecież każdy dobry człowiek ma prawo do bycia rodzicem. Natomiast po głębszym zapoznaniu się z tematem niepełnosprawności intelektualnej pojawiają się we mnie wątpliwości. Dużo zależy od stopnia danej niepełnosprawności. Nie wiem czy wiesz, ale możemy rozróżnić upośledzenie umysłowe w stopniu lekkim, umiarkowanym, znacznym lub w stopniu głębokim. I każdy z tych stopni odpowiada innemu ilorazowi inteligencji. Co przekłada się na samo funkcjonowanie danej jednostki/osoby. Uważam, że samodzielne wychowanie dziecka przez osoby z niepełnosprawnością intelektualna nie powinno mieć miejsca. Nie oznacza to jednak, że tacy ludzie nie mogą być rodzicami. Owszem mogą, jeśli tylko będą mieli przy sobie kogoś, kto będzie mógł ich wesprzeć w tym procesie. Mam na myśli tutaj zaufaną osobę bez żadnych zaburzeń intelektualnych.

Zachęcam do obejrzenia wyżej wymienionego filmu i do podzielania się swoją opinią na jego temat w komentarzu. A może widziałeś już Cud w celi numer 7? Koniecznie daj znać co o tej historii sądzisz i jakie jest Twoje podejście w poruszonym przeze mnie temacie :)

Gry planszowe || Pełny kurnik

Dziś post o tym, jak wybrnąć z sytuacji, gdy małolat wypowiada te straszne słowa na głos. Bo kto z Nas nie słyszał choć raz w ciągu dnia NUDZI MI SIĘ !? Hmm, no kto? Tak właśnie, będzie to post dla rodziców. Ale do rzeczy, rynek jest wysoce zaopatrzony w temacie, wystarczy się rozejrzeć, zapytać albo po prostu wybrać do sklepu stacjonarnego. Dla chcącego nic trudnego :) Korzyści płynących z takiej formy spędzania wolnego czasu jest mnóstwo. Czy jesteś w stanie wymienić choć jedną? Tak! Teraz tu i na biegu. Sam/a do siebie i na głos. W dalszej części tekstu dowiesz się co według mnie jest bezkonkurencyjnym powodem do tego, aby w każdym domu znalazło się choć odrobinę gier planszowych. Zapraszam do dalszej lektury.

Zrób sobie szybki rachunek sumienia. Zastanów się, ile razy w ciągu dnia Twoje dziecko mówi, że się nudzi lub też, że nie ma co ze sobą zrobić, a Ty w tym czasie robisz miliony innych "ważniejszych" rzeczy? Bo to obiad na gazie, podłoga do umycia, pranie w pralce, chwila spokoju przy kawie... Takich wymówek, my rodzice znamy dużo. Ale co wtedy z dzieckiem? Fajnie jest, gdy dzieci w domu bywa więcej niż sztuk jeden. Wiadomo, wtedy to zajmują się same sobą. Nie trzeba im organizować czasu. Nie trzeba głowić się i troić nad niechcianymi zabawami. Bo, gdy w domu mamy jedynaka (i nie tylko) to się troszkę trzeba nagimnastykować. Bez bicia przyznaję, że nie znoszę bawić się ze swoim dzieckiem. Nie dlatego, że nie kocham własnej córki. Ja po prostu nie lubię bawić się w tak zwane udawanie. Wiecie, ubieranie lalek, herbatka u Pana misia czy wymuszane zabawy w dom ... O matko! To mój koszmar. Preferuję inny rodzaj spędzania czasu ze swoim dzieckiem. Stąd też w Naszym domu zaczęły pojawiać się gry planszowe. Taka forma rekreacji to i dla mnie frajda. Czyli mamy upieczone dwie pieczenie na jednym ogniu, jeśli wiesz co mam na myśli ;)


KALECZYMY WŁASNE DZIECI 

Za najważniejszy powód, dla którego warto sięgnąć z dzieckiem po gry planszowe uważam, wspólne spędzanie wolnego czasu. I tutaj nie podlega nic dyskusji. Mamy XXI wiek. W dzisiejszym świecie rzadkością jest pełne osiedlowe podwórko, gdzie dzieci podczas wspólnych zabaw krzyczą, śmieją się a rodzic odchodzi od zmysłów, gdy enty raz woła gagatka na obiad i co najlepsze ten nie reaguje lub wrzeszczy w odwecie ZARAZ MAMO. Pamiętasz te czasy - "Kryśka obiad!"?  Gra w klasy, gra w palanta czy dwa ognie - to sport ekstremalny dla dzisiejszej młodzieży i dzieci. Kaleczymy nasze dzieci. Czas powiedzieć to głośno. To my dorośli wciskamy w ręce małego obywatela pada od konsoli. To my wciskamy im telefon z dostępem do sieci, gdzie ślepo zapatrzeni w social media zapominają o bożym świecie. My dorośli pochłonięci własnymi sprawami serwujemy im chorobę XXI wieku. Ale też my dorośli możemy temu zaprzestać i nie mówię tutaj o całkowitym zakazie na telewizję czy konsolę. Wystarczy małe ograniczenie tego dostępu. Nie zapominajmy o tym, jak ważne jest budowanie dobrych relacji w sferze RODZIC - DZIECKO.

KORZYŚCI PŁYNĄCE Z TAKIEJ FORMY SPĘDZANIA WOLNEGO CZASU - nie oszukujmy się, w tym trudnym momencie, czasu wolnego mamy aż za dużo ;)

Oczywiście, fundamentalny argument opowiadający się za tym, iż gry planszowe są na tak, został wymieniony wyżej, ale nie zapominajmy o kilku istotnych sprawach które towarzyszą podczas grania w planszówki.
Dziecko, w łagodny sposób, uczy się tego, że w życiu bywa różnie i nie zawsze jest się zwycięzcą. Nie ma nic gorszego od wychowania bąbelka, który zakorzeni sobie w małej głowie obraz wiecznego zwycięstwa. Co może przełożyć się w życiu dorosłym na różne stresujące sytuacje. Wiedza przekazywana w formie zabawy jest przyswajana w sposób szybki i łatwy . Pozwala to na ominięcie sztywnych reguł uczenia się na pamięć oraz przeniesienie tej umiejętność do życia codziennego. Łatwiej dziecku zaakceptować zasady panujące w domu i poza nim. Oczywiście, wszystko zależy od tego po jaki rodzaj gier sięgniemy. Na rynku mamy szeroką gamę do wyboru, od gier strategicznych, przygodowych po logiczne i edukacyjne. 
Cierpliwość i czekanie na swoją kolej nie należą do najmocniejszych strony każdego z dziecka - Na co czekasz!? Wyciągnij dawno zapomnianą planszówkę, która zalega od lat w zakurzonym kartonie na strychu - nie oszukujmy się, Ty wiesz o jakiej grze mowa, przecież w  każdym domu, w latach 90tych królował CHIŃCZYK ;) Niektóre z gier pomagają wyciszyć się, ćwiczą pamięć, koncentrację, determinację i upór. Pozwalają na opanowanie umiejętności dokończenia rozpoczętego zadania oraz unikania ewentualnych błędów lub dążyć do osiągnięcia celu. Przyznaję, że Łucja dość często szybko rezygnuje, gdy napotyka przeszkody w życiu codziennym. Wystarczy, że się jej coś nie uda za pierwszym razem a Ona już nie chce dalej próbować. W tedy z pomocą przychodzą nam właśnie gry, które posiadamy w Naszej kolekcji. Dzięki temu w łatwy sposób potrafimy zachęcić ją do działania i na przykład nawiązujemy do sytuacji, która miała miejsce w tym samym dniu lub w niedalekiej przeszłości, do której Łucja z łatwością wraca pamięcią.
Dlatego też przychodzę do Ciebie z fenomenalną grą, która od kilku tygodni jest naszym numerem jeden podczas spędzania wspólnie wolnego czasu. Poniżej PEŁEN KURNIK i nasza opinia na temat tej gry :)

Pełny kurnik to gra dla całej rodziny, a z opanowaniem jej zasad poradzi sobie nawet czterolatek. Choć producent informuje nas, że jest ona przeznaczona dla dzieci powyżej 6 roku życia, ale proszę uwierzyć mi na słowo - banalnie prosta i fantastyczna zabawa dla najmłodszych. W pięknym pudełku znajdziemy 
56 tafelków z jajkami, 
48 tafelków z kurczakami, 
36 tafelków z kurami, 
4 tafelki z kogutami, 
4 karty graczy z grzędami dla kur (kurniki),
2 kostki do gry. 
Całość wykonana jest z naprawdę solidnego kartonu. Celem gry jest zdobycie 9 kur i zapełnienie swojego kurnika. Ale po drodze można napotkać przebiegłego lisa lub zachorować na ptasią grypę. Uczy dziecko logicznego myślenia oraz podejmowania decyzji jaką strategię wybrać, aby zostać zwycięzcą. Jaja zamieniamy na kurczaki a kurczaki na kury. Nie spodziewałam się, że ów gra rodzinna przyniesie nam tyle frajdy. Łucja chętnie po nią sięga a my razem z nią. Z ręką na sercu przyznaję, że to fantastyczny zakup - a był to tak zwany kot w worku. Ja swoją kupiłam w sklepie PEPCO podczas ostatniej wizyty w Polsce. Jeśli jednak będziecie chętni dokonać zakupu online - podlinkowuję ją Wam tutaj >> KUP PEŁNY KURNIK

Z niecierpliwością czekałam na moment, aż moja córka "dorośnie" do grania w gry planszowe. I jestem w pełni wdzięczna, za wybór do jakiego mamy dostęp na rynku. Nie wiem, ile dokładnie, kolorowych pudełeczek przeróżnych gier leży na półkach u Łucji w jej pokoju. Ale wiem, że kolekcja będzie się powiększać. Lubię wydawać na nie swoje ciężko zarobione pieniądze, bo wiem, że nie są one wyrzucone w błoto. I co najważniejsze sprawia mi to przyjemność a moja córka cieszy się z każdej nowej gry. Jestem ciekawa jak jest u Was w domach, królują gry planszowe i manualne czy te do których potrzebny jest pad?

instagram @karellauk

Copyright © Simplliko