OrganicLife Dezodorant Botaniczny || -25% na zakupy kosmetyków naturalnych

Hej Kochani, witam się z Wami kolejnym postem. Odrobina zmiany tak by nie wpaść w monotematyczność na mojej stronie 😊 Tym razem będzie to wpis dedykowany kosmetykowi do pielęgnacji ciała, jaki miałam szansę ostatnio nabyć. Kosmetyki naturalne to temat rzeka. Posiadają swoje plusy oraz minusy tak samo jak kosmetyki syntetyczne. I nie każdy musi się z nimi polubić. 

Marka OrganicLife jest mi znana od niedawna. Dopiero od miesiąca zaczynam zapoznawać się z ofertą produktów dostępnych w ich sklepie internetowym, jak i poszerzać swoje zbiory tych naturalnych kosmetyków na mojej łazienkowej półce. Dziś chciałabym się skupić na Botanicznym dezodorancie tejże marki. 

Jestem osobą, która sceptycznie podchodzi do kosmetyków naturalnych. Zanim zaczęłam stosować wspomniany dezodorant musiałam na własne oczy przejrzeć cały skład jaki został wspomniany na odwrocie opakowania. Uwierzcie lub nie, ale sprawdziłam każdą nazwę. I muszę przyznać, że nie znalazłam nic niepokojącego. Tak też botaniczny dezodorant OrganicLife zawiera:
  • Oczar wirginijski
  • Lukrecja gładka
  • Jeżówka purpurowa
  • Szałwia lekarska
  • Chmiel
  • Skrzyp polny
  • Chrząstnica kędzierzawa
  • Olejek grejpfrutowy
  • Olejek cytrynowy
Na etykiecie widnieje również nazwa alkohol benzylowy i wydawać by się mogło, że brzmi to przerażająco, tak też musicie wiedzieć, że ten alkohol został dopuszczony przez organizacje certyfikujące kosmetyki naturalne i uznany za bezpieczny. Norma jaka została uznana za bezpieczną w gotowych kosmetykach to 1% stężenia. Alkohol ten stosuje się w kosmetykach w kilku funkcjach. Wykorzystywany jest jako substancja zapachowa ze względu na właściwości aromatyczne, jako substancja konserwująca uniemożliwiająca rozwój drobnoustrojów w produkcie, co może nastąpić podczas jego codziennego stosowania. Ponadto pełni funkcję regulatora lepkości i rozrzedzenia wpływa na odpowiednią konsystencję danego produktu, która zależy od jego przeznaczenia. Alkohol benzyl to również rozpuszczalnik dla innych substancji hydrofilowych obecnych w danym kosmetyku.

Jeśli chodzi o skład, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Często producenci przypinają swoim kosmetyką łatkę kosmetyków naturalnych a w składzie znaleźć możemy niezłe szambo. W tym przypadku marka OrganicLife okazała się rzetelna i słowna. Co z pewnością dobrze rokuje, jeśli chodzi o kolejne zakupy u tego producenta.

Przejdźmy teraz do sedna sprawy. Czy ten kosmetyk faktycznie działa? Zanim odpowiem Ci na to pytanie musimy przypomnieć sobie czym jest dezodorant. Otóż nie każdy z nas ma świadomość różnicy jaka jest między antyperspirantem a dezodorantem. Wydawać by się mogło, że mają takie same działanie co jest tylko złudzeniem. Dezodorant opiera się na maskowaniu nieprzyjemnego zapachu. Zawarte w nim związki mają za zadanie zmniejszać ilość bakterii na skórze i zapobiegać rozkładowi potu. Nie wpływają one jednak na intensywność pocenia. Ich działanie jest delikatne i krótkotrwałe. I tyle w temacie! Tak powinien zachowywać się dobry dezodorant.

Botaniczny dezodorant OrganicLife w 100% pokrywa się z wyżej wymienionymi cechami. Piękny cytrusowy zapach neutralizuje nieprzyjemną woń potu. Nie podrażnia skóry pod pachami i doskonale koi po depilacji w tamtym miejscu. Podczas pierwszych dni używania tego dezodorantu moja skóra pod pachami wydzielała wzmożoną ilość potu. Było to dość krępujące, ale i do przeżycia, gdyż nieprzyjemny zapach był maksymalnie neutralizowany. Od wielu lat stosowałam antyperspirant, który ma za zadanie ograniczyć pocenia. I przyznaję, że mokre plamy na ubraniu to temat mi obcy. Do momentu aż nie zaczęłam używać produktu od OrganicLife. To już prawie miesiąc bez przerwy jak sięgam po ten produkt i muszę Wam powiedzieć, że jest on bardzo ciekawym kosmetykiem. Odnoszę wrażenie, że z tygodnia na tydzień powoduje on mniejsze wydzielanie potu. Być może to jedynie złudzenie, gdyż nie uprawiam sportów ekstremalnych a w pracy wysiłek fizyczny jest umiarkowany. Jestem bardzo ciekawa jak będzie zachowywać się w momencie, gdy wrócę na siłownię… 

Reasumując dzisiejszy wpis. Dezodorant botaniczny o grejpfrutowo – cytrusowym zapachu przypadł mi do gustu. Mogę śmiało powiedzieć, że zaprzyjaźniłam się z nim i z pewnością sięgnę po niego raz jeszcze, gdy to opakowanie dobije do dna. Jeśli jesteś jednak osobą prowadzącą aktywny tryb życia i cenisz sobie komfort - wydaje mi się, że tego typu kosmetyki mogą nie być dla Ciebie. Wszystko jednak zależy od naszych priorytetów i oczekiwań względem produktu, po który zamierzamy sięgnąć. Moje oczekiwania względem dezodorantu OrganicLife się sprawdziły i nie mogę powiedzieć o nim nic złego.

Na samym końcu mam dla Was link do sklepu, gdzie możecie dokonać zakupu z rabatem -25%, wystarczy się zarejestrować i zrobić pierwsze zamówienie za minimum 160zł (100pkt). Dzięki takiej rejestracji macie nieograniczonym dostępem do kosmetyków w cenie hurtowej. A kolejne zakupy nie są wymuszone regularnym składaniem zamówienia, co za tym idzie możecie kupować kiedy chcecie i za ile chcecie 😊

Jeśli jednak jesteś zainteresowany kupnem produktów bez rejestracji to również mam dla Ciebie link do sklepu.

Zakupy z rabatem - tutaj dokonaj rejestracji


Do następnego! 

Placuszki z marchewki i cukinii wraz z sosem czosnkowym


Witajcie Kochani! Dzisiejszy przepis na placuszki z marchewki i cukinii został zainspirowany od pewnej dziewczyny, którą zaczęłam obserwować na Instagramie. Co prawda nie jest to typowe odzwierciedlenie Jej przepisu, ale ta przekąska powstała dzięki niej właśnie. Pierwotna wersja tego przepisu zamiast cukinii i pora posiada pietruszkę i bodajże jest tam też mleko, ale w moim przypadku ominęłam je. Generalnie dużo moich pomysłów na dania rodzi się w momencie, w którym przeglądam różne konta czy blogi kulinarne. Tu coś zobaczę, tam coś podglądnę, połączę w głowie i tworzę w kuchni. Tak to właśnie wygląda.

Placuszki z marchewki i cukinii wraz z sosem czosnkowym są bardzo łatwe i szybkie w przygotowaniu. Na samym początku zabrałam się za zrobienie sosu. Lubię, gdy ten jest wyrazisty w smaku. Zawsze najlepiej smakuje na drugi dzień, gdy czosnek przejdzie swoim aromatem pozostałe składniki

SOS CZOSNOWY
3 łyżki jogurtu naturalnego,
2 łyżki majonezu,
8 ząbków czosnku (+/-)
½ łyżeczki koperku suszonego
Sól, pieprz i kilka kropli soku z cytryny

Wymienione składniki umieszczamy w miseczce, a czosnek przeciskamy przez praskę. Wszystko razem mieszamy i odstawiamy na bok. Ten sos przygotowuję zawszę w takim samym schemacie, czasami różni się jedynie wielkością poszczególnych porcji, a wszystko to zależy od tego, ile sosu czosnkowego planuję zrobić.

PLACUSZKI Z MARCHEWKI I CUKINII
1 cukinia,
4 marchewki,
Pół pora,
2 jajka,
3 łyżki mąki,
Sól, pieprz i mielone ziele angielskie


Marchew i cukinię zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Por pokroić w drobne paseczki. Wszystko umieścić w misce. Dodać jajka, mąkę i przyprawić pieprzem, solą oraz zielem angielskim według uznania. Dokładnie wymieszać łącząc ze sobą wszystkie składniki. Smażyć na rozgrzanym oleju nakładając jedna dużą łyżkę powstałej mieszanki na patelnie. Coś na styl placków ziemniaczanych. 

Smacznego! :)

Zapiekane warzywa wraz z piersią kurczaka || Pomysł na bardzo szybki obiad


Dzisiejszy obiad powstał z myślą wykorzystania zalegających warzyw w lodówce i przede wszystkim zależało mi na czymś szybkim do przygotowania. Na dobrą sprawę możecie użyć dowolnych składników, jakie obecnie macie w swoim posiadaniu. Gdybym miała cukinię, pietruszkę lub seler też bym je dodała. Dowolność skompletowania produktów zależy od waszych upodobań. Nie lubisz pieczarek? Nie musisz wcale ich dodawać 😉 Na ten obiad złożyły się marchewki, pieczarki, brokuł, por, ziemniaki oraz czosnek. I oczywiście wspomniana pierś z kurczaka 😊 W tym wpisie nie będzie sztywnych proporcji. W mojej kuchni przeważnie improwizuję. W sumie robię to za każdym razem, ale mniejsza z tym. Chodzi mi właściwie o to by pokazać Ci, że nie musisz trzymać się twardych przepisów czy zasad a kuchnia to miejsce by dać upust wyobraźni 😊


Pierwsze za co się zabieramy to oczywiście zamarynowanie naszego mięsa. Pokrojoną pierś w większe kawałki (kostkę) przyprawiam majerankiem, rozmarynem, kminkiem, koperkiem i wyciskam trzy ząbki czosnku. Tych przypraw dodaję po pół łyżeczki każdej. Sól i pieprz według własnego uznania. Wszystko razem mieszam i odstawiam na około 1 godzinę. Tak by smaki mogły się przejść aromatem.

W międzyczasie przygotowuję pozostałe warzywa. Ziemniaki kroję w większą kostkę i obtaczam w jednej łyżce oliwy wraz z przyprawą do ziemniaków. Marchewki kroję w półksiężyce lub talarki, w zależności od wielkości warzywa. Por kroję w krążki a pieczarki w kostkę.

Na dno naczynia żaroodpornego wykładam ziemniaki. Następnie wrzucam marchew, różyczki brokułu, por oraz pieczarki. Mięso dodaję na samą górę i do piekarnika! Oczywiście to ułożenie to jest tylko moja fantazja. Jest też druga opcja, aby wszystko razem wymieszać w jednej misce a następnie przełożyć do naczynia



Całość podałam z sałatką wykonaną z rzodkiewki szczypiorku i sałaty pekińskiej z jogurtem naturalnym. Przyprawioną jedynie pieprzem i solą.

Prawda, że banalnie proste do przygotowania? Całość zajęła mi około 30 minut a resztą zajmuje się mój piekarnik, który nastawiam na 180stopni i pozostawiam na około 45/60 minut. Jeśli nie masz czasu, ten pomysł na obiad jest właśnie dla Ciebie



Smacznego! 😊

Kurczak z ryżem i brokułami wraz z cukinią na sosie czosnkowym


Hej Kochani! Przychodzę dzisiaj do Was z przepisem na danie ze zdjęcia. Musicie przyznać na samym początku, że prezentuje się naprawdę smacznie? Otóż jest to danie, które urodziło się oczywiście spontanicznie. Większość potraw, które robię najpierw mam w swojej głowie, dopiero później moje myśli znajdują odzwierciedlenie na talerzu. I tak za każdym razem wychodzi zupełnie coś innego – zdążyłam się przyzwyczaić 😊 W tym przypadku efekt końcowy przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Miał być to kurczak z ziemniakami, taka klasyka polskiego gatunku. Nie wyszło. Wyszedł natomiast Kurczak z ryżem i brokułami wraz z cukinią na sosie czosnkowym. Brzmi luksusowo, no brzmi :D

Do przygotowania tego dania, dla trzyosobowej rodziny, potrzebne będą Ci;
4 Pałki z kurczaka
2 woreczki ryżu
1 cebula
1 cały brokuł
Pół cukinii
Olej, woda
Przyprawa do kurczaka u mnie Prymat, sól, pieprz, kurkuma

Przygotowanie:
Etap I Na samym początku zabieramy się za nasze nóżki z kurczaka. Jedyne co robię to polewam je dwiema łyżkami oleju, posypuję przyprawą do kurczaka i mieszam. Odstawiam na 2 godziny do lodówki. Pamiętajcie im dłużej tym lepiej 😉

Etap II Wstawiam moje mięso do piekarnika w naczyniu żaroodpornym. Wybieram grzanie góra/dół 180 stopni i około 1,5 godziny go tam trzymam. W międzyczasie podlewam kurczaka odrobiną wody. Przeważnie robię to co 30 minut.

Etap III Tutaj zabieram się za resztę moich produktów. Nastawiam wodę na ryż i gotuję go zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Dodaję łyżeczkę soli i pół łyżeczki kurkumy do wody. To dzięki niej ryż barwi się na intensywnie żółty kolor.
Brokuł przygotowuję w osobnym garnku. Oddzielam od siebie różyczki i gotuję go na parze lekko soląc z góry.
Cukinię i cebulę kroję w piórka. Podsmażam na maśle cebulę, następnie wrzucam cukinię – przyprawiam pieprzem i solą, smażę do miękkości cukinii.

Rada jaką mogę Ci udzielić, za etap III zabierz się pół godziny przed wyciągnięciem kurczaka z piekarnika, tak by wszystkie Twoje produkty były gotowe w tym samym czasie. Unikniesz ewentualnego podgrzewania ich. Jeśli ktoś pyta o czas przygotowania całości odpowiedź jest jedna około 30 minut. Kurczak sam dochodzi w piekarniku a jego marynowanie zajmuje mniej niż minutę. Resztę składników jesteś w stanie wykonać we wspomnianym czasie. Kulki z ryżu uzyskałam dzięki łyżce do lodów.

Smacznego! 😊

Placuszki z mąki kukurydzianej

Ostatnie dni w Anglii naprawdę nas rozpieszczały pod kątem pogodowym. Temperatura w ciągu dnia sięgała nawet 24 stopni. Niebo bywało bez chmurne a słońce muskało nas swoimi gorącymi promieniami. Jednak jak wiadomo, wszystko co dobre szybko się kończy i równowaga w przyrodzie musi nastać! Na najbliższy tydzień zapowiadają pochmurne i deszczowe dni - cóż taki mamy klimat. Do którego zdążyłam się przyzwyczaić przez te kilka lat 😊 Niemniej jednak ciepłe dni zachęcają do lekkich i szybkich dań, które można z łatwością przyrządzić w domowym zaciusz.

Placuszki z tego przepisu powstały w słoneczny, niedzielny poranek. Lubię w całości wykorzystywać wszystkie produkty jakie posiadam w lodówce czy spożywczej szafce. Nie jestem miłośnikiem kupowania i wyrzucania produktów, bo tym zwyczajniej w świecie skończyła się data. Jako że posiadałam jogurt naturalny, któremu data miała za moment wyjechać i mąkę kukurydzianą postanowiłam połączyć te dwa składniki. Do końca nie wiedziałam co z tego wyjdzie i mogę śmiało powiedzieć, że to mój mały eksperyment kulinarny 😊

Przepis na placuszki z mąki kukurydzianej

250 ml jogurtu naturalnego
7 łyżek mąki kukurydzianej 
2 jajka
2 łyżki miodu
15 g cukru wanilinowego
płaska łyżeczka proszku do pieczenia

Wszystkie składniki umieszczamy w misce i przy pomocy łyżki łączymy je mieszając do uzyskania jednolitej masy. Smażymy na patelni z odrobiną rozgrzanego oleju do zarumienienia. Ja swoje nakładałam łyżką w taki sam sposób jak robi się placki ziemniaczane :)
Każdego placuszka posmarowałam dżemem malinowym na wierzchniej warstwie i ułożyłam jeden na drugim, następnie wszystko polałam syropem klonowym. Całość podałam z mrożonymi owocami, w tym przypadku były to maliny i borówki.
Przyznajcie sami, że całość prezentuje się cudownie?
Moja propozycja na szybkie słodkie śniadanie lub lunch. Chłop zjadł ze smakiem i w sumie, gdyby nie On ten post by nie powstał. Ale placuszki dostały jego aprobatę, więc myślę sobie, że podrzucę przepis, chwaląc się tym samym :) Z podanej ilości wyszło mi 7 placków.  Koniecznie dajcie znać, jak wam smakowało, jeśli skusicie się na ich wykonanie.
Smacznego! <3


Oszukane kotlety i pomysł na lekki obiad

Są potrawy czy dania, które swoim smakiem i zapachem przywołują na myśl bardzo przyjemne wspomnienia. Jako że mieszkam na wyspach i oddalona jestem od rodziny jakieś kilka tysięcy kilometrów, to chciałam poczuć się znowu jak w domu mojej babci. Gdzie wszystko wydaje się takie proste i bez większych problemów.  Postanowiłam odwzorować jej oszukane kotlety mielone i tak, ten przepis nie jest do końca mój - ja jedynie go troszkę zmodyfikowałam. Zamiast szczypiorku użyłam pora drobno posiekanego i tyle :) 
Potrzebne będą Ci:
6-8 ugotowanych jajek na twardo
1 surowe jajko
szczypior lub por drobno posiekane
bułka namoczona w mleko
bułka tarta
olej
sól i pieprz 

Wykonanie jest na prawdę bardzo proste. Ugotowane jajka rozdrabniamy widelcem bardzo drobno, dodajemy odciśniętą bułkę, posiekany por oraz surowe jajko. Wszystko przyprawiamy solą i pieprzem, łączymy składniki. Mieszanka będzie bardzo "luźna" ale nie przysporzy to kłopotów w uformowaniu kulki. Użyłam łyżki stołowej by odmierzyć równe porcję. W dłoniach formujemy kulkę jak przy zwykłych kotletach mielonych, następnie obtaczamy w bułce tartej. Smażymy do uzyskania złotego koloru z obydwu stron. Ważne, aby nasze jajeczne kotleciki wylądowały na rozgrzanym oleju ;) Tak przygotowane Oszukane Kotlety podałam z ziemniakami i mizerią - moja pięcioletnia córka była bardzo zachwycona. Trzy składniki, które kocha na jednym talerzu - ziemniaki, jajka i ogórki :D Czego chcieć więcej?


Ciekawa jestem ile osób zna ten przepis?

Wieczorna pielęgnacja twarzy || Jak dbam o cerę?

Na przestrzeni dwóch lat, wiele się zmieniło w pielęgnacji mojej twarzy. Kiedyś myślałam, że płyn micelarny jest w stanie zastąpić mi wszystkie inne kosmetyki. A krem na noc powinien być bardzo tłusty. Nic bardziej mylnego! Gdy jakieś dwa lata temu założyłam konto na Instagramie, gdzie zagłębiałam swoją wiedzę odnośnie pielęgnacji twarzy, uświadomiłam sobie w jakim dużym błędzie żyje i ile złego wyrządzam swojej skórze na twarzy. Uważałam, że toniki, żele do mycia twarzy, mgiełki czy serum to są zbędne produkty, które tylko zagracają łazienkową półkę.

W lipcu 2018 roku zgłosiłam się do kampanii kosmetycznej jednej z marek. Moje zgłoszenie zostało rozpatrzone pozytywnie i mogłam podjąć z nimi współpracę w określonym czasie. Wiadomo, aby cała akcja z marką przebiegała prawidłowo, dostosowałam się do ich zaleceń. Poza kosmetykami do twarzy, otrzymałyśmy plan pielęgnacji oraz dostęp do konsultacji. I chyba tutaj w tym momencie nastąpił przełom. 

Zaakceptowałam cały ten plan, który rozbudowany był na kilka etapów i całkowicie zmienił mój punkt widzenia. Dzięki odpowiedniej pielęgnacji, pozwalamy naszej skórze czerpać to co najlepsze z substancji odżywczych zawartych w poszczególnych kosmetykach. Co z kolei wpływa na wygląd naszej cery. Wieczorna pielęgnacja jest bardziej wymagająca niż ta poranna i przede wszystkim podczas niej potrzebujemy więcej kosmetyków do jej wykonania. 

Jakie wyróżniamy etapy w pielęgnacji wieczornej? 

Demakijaż - to pierwszy krok jakiego się podejmuję wchodząc wieczorem do łazienki. Kiedyś używałam płynu micelarnego. Nasączałam dwa waciki i przykładałam je na kilka minut do oczu, tak by produkt (maskara) mógł spokojnie się rozpuścić. Po czym brałam dwa kolejne waciki i pocierając nimi twarz zmywałam swój dzienny makijaż. Obecnie w mojej toaletce nie ma płynu micelarnego. Zamieniłam go na mleczko do oczyszczania i demakijażu. Jest to pierwszy tego typu produkt, który testuję i przyznaję, że bardzo przypadła mi do gustu opcja demakijażu bez użycia wacików. W tym momencie w moim posiadaniu jest Śmietanka do oczyszczania i demakijażu marki Bielenda. Wyciskam dwie pompki produktu na zwilżoną dłoń i okrężnymi ruchami myję swoją twarz w raz z okolicą oczu i ust. Spłukuję bieżącą, letnią wodą. Swoją drogą muszę Wam powiedzieć, że ten produkt marki Bielenda jest na prawdę dobry! Z łatwością radzi sobie z makijażem, bez większego problemu zmywa nawet maskarę. Nie podrażnia ani też nie wysusza mojej skóry. Nie powoduje szczypania oczu i bez większych zmartwień przemywam tą śmietanką swoje oczy. Następnie przechodzę do kolejnego etapu.
Oczyszczanie - warto zastanowić się nad sensem tego etapu. Produkt, po który sięgniemy powinien mieć na celu usunięcie resztek makijażu oraz zanieczyszczeń, które zgromadziły się na naszej twarzy w ciągu dnia. Mimo tego celem mycia skóry twarzy jest usunięcie nadmiaru sebum, potu oraz martwego naskórka dzięki czemu nasze pory zostaną odetkane i nie będą doprowadzać do gromadzenia się w nich zanieczyszczeń. To po jakie kosmetyki sięgniemy zależy wyłącznie od naszych upodobań. Mogą to być żele, pianki, proszki lub emulsje. W moim przypadku z pomocą przychodzi mi Normalizujący żel do mycia twarzy marki Tołpa. Również jest to preparat, który w niewielkiej ilości nanoszę na zwilżoną dłoń a następnie kolistymi ruchami myję twarz, szyję i dekolt. Omijając okolice oczu by ich nie podrażnić. Żel ten dokładnie czyści moją twarz z pozostałości makijażu oraz kurzu czy innych zanieczyszczeń zgromadzonych na mojej buzi w ciągu dnia. Pozostawiając moją skórę dokładnie oczyszczoną, dzięki czemu jest ona przygotowana do przyjęcia cennych składników z pozostałych kroków pielęgnacyjnych.
Tonizacja - to bardzo ważny krok! Pamiętaj, że zdrowa cera to właściwe pH skóry, które zmienia się przy każdym kontakcie skóry z wodą. Aby wyrównać je warto sięgać po toniki, hydrolaty czy wody różane - wszystko w zależności od typu cery czy własnych upodobań. Na blogu jest szerszy wpis dotyczący tonizacji skóry, w którym niegdyś napisałam
(...)tonik poza przywróceniem prawidłowego poziomu PH skóry, pełni funkcję znakomitego odświeżenia, ukojenia i oczyszczenia skóry po nocy. Tonizacja jest równie ważna, ponieważ pomaga usunąć resztki ewentualnych zanieczyszczeń oraz regeneruje barierę ochronną skóry. Ponadto przygotowuje cerę do dalszej pielęgnacji i ułatwia wchłonięcie substancji nawilżających w kolejnych krokach naszej pielęgnacji.
Herbal Care Tonik Nawilżający do Twarzy Kwiat Migdałowca produkt, który bardzo lubię. Przeznaczony jest do każdego rodzaju skóry. Odświeża i nawilża oraz przywraca skórze odpowiedni poziom pH. Ponad to redukuje oznaki przesuszenia naskórka. Mój stoi w lodówce przez cały czas idealnie koi, gdy jest schłodzony.
Odżywienie - podczas tego etapie skupiam się tak jakby na dwóch partiach swojej twarzy. Jedną jest okolica oczu, natomiast drugą pozostała część.

Okolica oczu - wybieram kremy przeznaczone do jej pielęgnacji i takie, które mają za zadanie spłycić zmarszczki mimiczne i nawilżyć delikatną skórę pod oczami. Kosmetyk aplikuję przy pomocy opuszka palca, delikatnie wklepując go. Pamiętaj, że skóra w tym obszarze jest cieńsza, delikatniejsza i słabiej ukrwiona, dlatego też wymaga lżejszego kremu niż pozostała część skóry na twarzy.
Krem do twarzy – tutaj przeważnie wybieram tłuste i mocno skoncentrowane kremy, które dogłębnie przenikną do wewnątrz skóry tak by zapewnić jej optymalne nawilżenie. Choć bywają dni, że użyję kremu z lekką formułą. Pamiętaj, że dobór takiego kremu zależny jest od naszego typu cery i rodzaju skóry. Ty sama wiesz co dla Ciebie jest dobre i na jaki produkt powinnaś postawić. Na obecną chwilę nie stosuje żadnego serum do twarzy w formie oleju, choć przygotowuję się do jego kupna i na razie sprawdzam niektóre dostępne mini próbki by wybrać ten odpowiedni.

Przez ostatnie dwa lata nauczyłam się słuchać swojego ciała i wyłapywać potrzeby własnej cery. Bywa, że moja skóra na twarzy nie wygląda zbyt idealnie, ale są to bardzo rzadkie przypadki. Wiadomo, że na jej wygląd wpływ ma również dieta! I przyznaję bez bicia, gdy tylko najem się chipsów, które są moją słabością, moja cera zaraz komunikuje o tym całemu światu. Do teraz biję się z wyrzutami sumienia, że tak późno zabrałam się za właściwą pielęgnację twarzy. Wiem już, że sam płyn micelarny nie jest w stanie zapewnić mi odpowiedniego oczyszczenia i nie przygotuje mojej skóry na przyjęcie wartości odżywczych z kremów, które nakładam na swoją twarz wieczorem. Wręcz odwrotnie, takie postępowanie miało odwrotny cel od zamierzonego. W tym przypadku, zasada im mniej tym lepiej nie jest absurdem. No cóż, tylko krowa nie zmienia zdania, a że ja krową nie jestem to zdanie zmieniłam 😊 Postawiłam na półce w toalecie o wiele więcej buteleczek, ponieważ - postawiłam na zdrową i piękną cerę! 

Warto wspomnieć o dodatkowej pielęgnacji twarzy podczas wieczornych manewrów w łazience. Są to peelingi i maski, których też używam. Sądzę jednak, że to będzie idealny temat na kolejny post, w którym przedstawię Ci moich dwóch sprzymierzeńców w trosce o piękno mej cery 😊


Leczo z pieczonymi ziemniaczkami

Jednogarnkowe dania, czy też dania przygotowywane w jednej patelni są tymi, które należą do moich ulubionych. Samo leczo wywodzi się z kuchni węgierskiej i jest to bardzo prosta potrawa z połączonych ze sobą kilku składników. W mojej wersji występuje smażona na smalcu kiełbasa, do której stopniowo dokładam poszczególne warzywa. Ważna informacja – nie duszę tej potrawy! Wszystkie składniki podsmażam w kilkuminutowych odstępach. Więcej na ten temat dowiesz się z przepisu, który dzisiaj dla Ciebie przygotowałam.
Potrzebne będą Ci:
4 kiełbasy,
2 papryki (żółta i czerwona),
5 pieczarek,
1 cebula,
2 ząbki czosnku,
1 i ½ cukinii,
4 ziemniaki,

Przyprawy jakich użyłam do tego dania:
Sól, pieprz mielony
Słodka czerwona papryka,
Smalec, olej,
Przyprawa do ziemniaków i frytek

Przygotowanie:
Dziś podzieliłam przygotowanie posiłku na dwa etapy, zważywszy na fakt, iż to ziemniaczki będą potrzebowały więcej czasu na dojście w piekarniku. Tak też nimi zajęłam się na początek. Obrane i umyte ziemniaki pokroiłam w kawałki – kostkę większą niż ziemniaki krojone do zupy. Dodałam dwie łyżki oleju i posypałam całość przyprawą do ziemniaków i frytek firmy Prymat (uwaga to nie jest sponsorowane, większość moich przypraw w domu jest z tej firmy)

Blachę z piekarnika wyłożyłam papierem do pieczenia. Moje przyprawione ziemniaczki przełożyłam na tę blachę i wstawiłam do nagrzanego piekarnika 200stopni na około 35 minut. Podczas przyprawiania ziemniaków na dnie oddzieliła się woda i olej, wszystko to wylałam również na blachę. 10 minut przed końcem pieczenia, upewniam się czy ziemniaki są już miękkie. Posypuje je solą i pozostawiam jeszcze w piekarniku podkręcając jego moc do maximum – dzięki temu nabiorą chrupkości.


Etap drugi to przygotowanie dania głównego – leczo w akcji.

Kiełbasę pokroiłam w pół a następnie w pół księżyce. Wrzuciłam na rozgrzaną patelnie, na której roztopiłam odrobinę smalcu. Pod koniec smażenia wcisnęłam dwa ząbki czosnku na około 3 minuty, tak by ten się zarumienił. Żółtą i czerwoną paprykę wraz z cebulą pokroiłam w dużą kostkę i dorzuciłam na patelnię by wszystko razem podsmażyć przez co najmniej 10 minut. W między czasie przygotowałam cukinię i pieczarki, które zostały pokrojone również na większą kostkę i dołożyłam na patelnię. Wszystkie składniki połączyłam ze sobą przyprawiając solą, pieprzem i mieloną słodką papryką. Smażyłam jeszcze przez 15 minut na średniej mocy grzania kuchenki. Przez cały ten czas moja patelnia była bez przykrywki – nie chciałam dusić swojej potrawy.

Ziemniaki w piekarniku były gotowe w tym samym czasie co leczo. Całość przygotowania tego dania zajęła mi około 40 minut.


Oczywiście leczo te możesz podać z pieczywem chrupkim lub bez niczego, wszystko zależy od Twoich upodobań. Smacznego! 😊

Szybka i tania metamorfoza kominka

Mieszkanie, w którym przyszło założyć Nam swoje gniazdo na angielskiej ziemi, w salonie posiada kominek. Kolorystyka tego przedmiotu nie spodobała mi się od samego początku i w sumie żałuję, że nie wzięłam się za jego przemianę, kiedy nasz flat był remontowany i przygotowywany pod przeprowadzkę. Może wtedy zorientowałabym się, że jest on łatwy do demontażu i po prostu wywaliłabym go na śmietnik, zyskując miejsce na wymarzoną kanapę. Ktoś z was pewnie pomyśli sobie - to czemu nie zrobisz tego teraz? Cóż w salonie, jak i w całym mieszkaniu, mamy carpety (dywany). Pod kominkiem brakuje tego elementu. Dokupowanie i docinanie w miejsce dziury dywanu, malowanie kawałka ściany na którym wisi kominek to dodatkowe koszty i przede wszystkim czas i wysiłek. Bo przecież musiałabym cały pokój malować :P Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. I do jego obecności zdążyłam się już przyzwyczaić. Jedyne co mi w nim przeszkadzało to ciemny kolor nie pasujący do reszty przedmiotów w salonie. Zabierałam się za jego przemalowanie zbyt długo. Ale w końcu nastał weekend, gdzie powiedziałam sobie, że musze koniecznie to zrobić. Bo jak nie dziś to, kiedy? :>
Do całej metamorfozy potrzebowałam

Farbę, wałek, korytko, papier ścierny, szpachlę do drewna, troszkę czasu, cierpliwości oraz małej pomocy sąsiadki.

Kominek przykręcony jest do ściany na 4 śruby, które przy pomocy wkrętarki szybko odkręciłam. Drewnianą część przetarłam papierem ściernym a małe ubytki w blacie potraktowałam szpachlą do drewna. Gdy ta wyschła wyrównałam powierzchnię średniej gradacji papierem ściernym. Oczyściłam z kurzu kominek i zabrałam się za jego malowanie. Pokryłam go 3 warstwami farby. Poczekałam aż wyschnie i poprosiłam Starego o pomoc w jego zamontowaniu. 

Wcześniej nie mieliśmy podłączonego go do prądu, tak też tym razem postanowiliśmy, że dam mu nowe życie w całości. Poza zmianą koloru Nasz kominek będzie rozświetlał Nam długie wieczory spędzane w salonie. Przyznaję, że całość wygląda uroczo. Z efektu końcowego jestem bardzo zadowolona. Taka mała zmiana, a w salonie zrobiło się jaśniej i czyściej. Aż chętniej patrzę w stronę, gdzie kominek wisi.

Angielskie budownictwo ma to do siebie, że w każdym domu czy flacie możemy spotkać kominki. Oczywiście nie wiem, jak jest w tych które budowane są obecnie, ale z pewnością stare domy czy mieszkania posiadają taki gadżet w salonie. Czy jest to rzecz zbędna czy potrzebna o tym rozwodzić się nie będę. Ale przyznać muszę, że jakiś urok w sobie te kominki posiadają. 

PS. Mieszkanie nie jest jeszcze Naszą własnością, ale gdy tylko zdecydujemy się na jego wykup to z pewnością, zrobimy, jak i przyda się temu miejscu gruntowny remont - taki od podstaw. 

Na dole moja córka prezentuje Wam jak kominek wyglądał do dnia dzisiejszego - Daj znać w komentarzu co myślisz o tej metamorfozie wykonanej bardzo niskim kosztem :)


Filet rybny w sosie grzybowym

Nigdy nie sądziłam, że takie połączenie jak ryba i grzyby zda egzamin. Jakże bardziej mylnego podejścia nie mogłam mieć :) Całkiem z przypadku, jak większość moich kulinarnych dań, powstał ten obiad w któreś popołudnie. Sprzątając w kuchennej szafce, takiej typowo spożywczej, natknęłam się na grzyby z polskich zbiorów mojej mamy, a że rybę miałam już wyciągniętą i gotową do obróbki, to sobie pomyślałam czemu nie!
Potrzebne składniki:
25g suszonych grzybów
2 filety ryby (w moim przypadku Basa z Lidla)
2 ząbki czosnku
1 cebula
150ml śmietany 30%
2 torebki ryżu
buraczki (gotowane buraki z Lidla)
Przyprawy:
sól, pieprz, koper suszony, ziele angielskie mielone,
gałka muszkatołowa, czosnek granulowany,
słodka papryka w proszku, czosnek w płatach, kurkuma

Przygotowanie
Pierwsze co musisz zrobić to sparzyć suszone grzyby. Ja wsypałam swoje do miski i zalałam wrzątkiem wody, przykryłam talerzykiem i zostawiłam na około 3 godziny. Rybę kroje w niewielkie kwadraty, przyprawiam pieprzem i solą oraz skrapiam odrobiną soku z cytryny. Tak przygotowaną rybę odstawiam również na około 3 godziny. Gdy moje grzyby są już gotowe odcedzam je za pomocą durszlaka. Cebulę kroję w niewielką kostkę i podsmażam na łyżeczce masła. Dodaję drobno pokrojone grzyby, wciskam dwa ząbki czosnku, przyprawiam solą, pieprzem i słodką czerwoną papryką. Podsmażam wszystko kilka minut. W między czasie gotuję ryż. Do wody dodaję odrobinę soli i łyżeczkę kurkumy, dzięki temu produkt zmieni swój kolor na intensywnie żółty - co możesz zobaczyć na zdjęci.
Wracamy teraz do produktów na patelni, zmniejszam moc grzania na minimum i do gotowych grzybów z cebulką wlewam śmietanką 30%. Przyprawiam solą, pieprzem, odrobiną ziela angielskiego oraz gałką muszkatołową. Do tak przygotowanej bazy sosu kładę na wierzch moją rybę. Dorzucam pięć płatków suszonego czosnku i pozostawiam pod przykryciem około 10 minut. Gdy upewniam się, że moja ryba jest już gotowa, posypuję wszystko koperkiem suszonym (pół łyżeczki) Możesz dodać świeży koper drobno posiekany, smak będzie bardziej wyrazisty. Ja takiego w danym momencie nie posiadałam więc i poratowałam się koprem suszonym. Szczypta granulowanego czosnku i prawie gotowe. A kiedy będzie gotowe? Gdy śmietanka się zredukuje i sos nabierze gęściejszej konsystencji. 

Buraczki gotowane z Lidla - w opakowaniu jest około 4/5 sztuk Miksuję je w blenderze z odrobiną pieprzu i soli dodając pól łyżki octu. Tak przygotowane są wspaniałym dodatkiem do wielu dań. Swoją drogą wykorzystuje je również do barszczu, który bardzo lubimy. 

I dziś to by było na tyle Kochani, do następnego :) <3

L’Oréal True Match || Czy to podkład idealny?

W swoim życiu przerobiłam naprawdę wiele podkładów do twarzy. Ciągle poszukiwałam takiego, który spełni wszystkie moje oczekiwania. A przede wszystkim takiego, który będzie pasował kolorystycznie do mojej cery. Już nawet nie pamiętam jak dokładnie L’Oréal True Match znalazł się w moim posiadaniu i co skłoniło mnie do jego zakupu, ale tak jakby to nie jest istotne. Ważniejszy jest fakt, że ten gagatek już pod koniec zeszłego roku trafił w moje ręce. Ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym od razu dobrze dobrała odcień. Kupiłam go w jednej z angielskich drogerii stacjonarnie. Wybrałam odcień o nazwie Rose Ivory 1.C, który w sztucznym świetle pomieszczenia wydawał mi się idealny do mojego typu. Niestety tak nie było! Zaraz po jego aplikacji okazał się za ciemny na dzień dobry a do tego oksydował dość mocno robiąc z mojej twarzy pomarańczową plamę. Wiadomym było, że nie skorzystam z tego podkładu więcej tak tez wybrałam się na polowania raz jeszcze. Uparłam się na True Mutch - musiałam znaleźć właściwy odcień. Tym razem zdałam się na swój instynkt i bez większego biadolenia postanowiłam kupić Porcelaine 0.5N Czy to był odpowiedni wybór?
L’Oréal True Match Porcelaine 0.5C to podkład, na który długo czekałam. Ostatnimi czasy moja cera nie sprawia mi większych problemów. Dawno zapomniałam o większych ilościach wyprysków, które kiedyś niemal co chwilę szpeciły moją twarz. Owszem od czasu do czasu zdarzy się jakaś nieestetyczna krostka, ale w gruncie rzeczy mogę śmiało stwierdzić, że jest ona w nienagannym stanie. Nie potrzebuję dużego krycia, bardziej skupiam się na ujednoliceniu kolorytu na swej twarzy. Niektóre obszary, takie jak czoło, nos lub broda są zaczerwienione i dla własnego komfortu psychicznego z rana używam podkładu. Przeważnie dwa naciśnięcia pompki wystarczają mi w zupełności by zakryć oraz wyrównać to i tamto.

Produkt zamknięty jest w szklanej buteleczce. Wydobywamy go za pomocą pompki, która pracuje znakomicie. Mam już trzecie opakowanie (nie wliczając w to tego nietrafionego) tego podkładu i przy każdym z nich nie miałam z nią problemów. Szklany, przeźroczysty pojemniczek pozwala na kontrolowanie ilości produktu w środku. True Match nie osadza się na ściankach, w całości spływa na dno opakowania co pozwala na wyciśnięcie z niego niemal każdej kropli. Ciekawym jest fakt, gdy zawsze dobijam do jego dna, pompka zaczyna mi to sygnalizować. Podczas aplikacji końcówki produktu naciskając pompkę ta w taki nienaturalny sposób odskakuje pod moim palcem, co świadczy, że czas zrobić zapas.
Czym kieruje się przy wyborze podkładu do twarzy? Przede wszystkim chodzi mi o wyrównanie kolorytu, rozświetlenie mej cery oraz uniknięcia efektu maski. L’Oréal True Match zapewnia mi wszystkie te trzy priorytety, przy czym nie wysusza mojej skóry. Odcień 0.5N jest dla mnie właściwy. 
Ważny jest też fakt, że nie oksyduje na mojej buzi. A jeśli chodzi o trwałość to chciałabym się tutaj troszeczkę zatrzymać. Generalnie używam tego podkładu codziennie. Często dotykam swojej twarzy, lekko się drapiąc po policzku czy też czole lub na szyi. Podpieram swoją brodę, dotykając w ten sposób palcami dłoni swojego policzka.  Po zerknięciu w lusterko podkład jest ciągle na swoim miejscu. Jedyny problem jaki z nim mam to skrzydełka nosa. Już po kilku godzinach od wyjścia z domu, lekkie dotknięcie dłonią tej okolicy zmazuje niemal do zera produkt w tym miejscu. I generalnie nie mogę tego faktu rozgryźć. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje akurat w tej okolicy twarz. Po całym dniu w pracy podkład w 99% znajduje się na swoim miejscy. Czoło, broda policzki wszystko jest w nienaruszonym stanie. Natomiast okolica nosa wygląda jakby nie była pomalowana. Czy ktoś mógłby mi to wytłumaczyć?
Wracając do pozytywnych stron L’Oréal True Mach muszę tutaj koniecznie podkreślić, że produkt ten nie waży się na twarzy oraz nie wchodzi w zmarszczki. Na co dzień noszę okulary i miewam problem z podkładem pod noskami. W przypadku True Match nie mam żadnego przykrego doświadczenia z ciasteczkowaniem się fluidu pod powierzchnią okularów, która dotyka bezpośrednio mojej skóry na twarzy. 

Długo szukałam idealnego podkładu, takiego który będzie współgrał z moim kolorytem. Jestem osobą o bardzo bladej karnacji. Część cery jest zaczerwieniona a najjaśniejsze podkłady większości marek są dla mnie za ciemne. Odcinają się na szyi, tworząc efekt maski lub wymalowania niczym klaun. Po wykorzystaniu 3 opakowań L’Oréal True Match mogę śmiało stwierdzić, że ideał jednak istnieje. Cudownie wtapia się w moją skórę na twarzy bez pudrowego efektu. Cera po jego nałożeniu jest promienna z satynowym wykończeniem. Różnorodność gamy kolorystycznej jaką oferuje nam producent śmiało pozwoli znaleźć coś dla każdej z nas. Jest to produkt, który nie zmienia swojego tonu, podczas jego noszenia. Pomimo tej jednej wady (wycierania się w okolicy skrzydełek nosa)  jestem w stanie sięgnąć po niego 4, 5 czy 6 raz. Już tak mam, gdy coś mi podpasuje nie szukam zamienników.


A czy Ty znalazłaś swój idealny podkład, który ewentualnie mogłabym wypróbować u siebie? Podziel się swoimi perełkami w komentarzu pod tym postem :)

Spaghetti bolognese || Szybki i łatwy przepis

Hallo, hallo czy są tutaj jacyś miłośnicy kuchni włoskiej? Mam dla Was dzisiaj danie łatwe i szybkie do ugotowania – spaghetti bolognese. Obiecuję, że z jego przygotowaniem nie będzie miał problemu nawet początkujący kucharz amator, władający nożem i widelcem w domowym zaciszu, a i każde dziecko skusi się na tak przyrządzony makaron. W takim razie bez zbędnego przeciągania zapraszam na dalszą część 😊

Potrzebne składniki:
400 gram mięsa mielonego
500 gram passata pomidorowa
cebula
2 ząbki czosnku
tarty ser mozzarella
sól i pieprz 
czerwona słodka papryka
pół łyżeczki cukru
suszone oregano
świeża bazylia lub opcjonalnie suszona
makaron spaghetti

Przygotowanie:
Cebulę kroję w większą kostkę i podsmażam na odrobinie masła, po kilku minutach podlewam lekko wodą, zmniejszam gaz i pozostawiam pod przykryciem by się poddusiła. Następnie dodaję mięso, które kilka godzin wcześniej przyprawiłam solą, pieprzem i czerwoną słodką papryką. Smażę do momentu aż mięso będzie gotowe. Następnie prażę je, by rozpadło się na drobne kawałeczki. To jest wyłącznie moje upodobanie, jestem zwolenniczką bardzo drobnego mięsa w tym sosie. Całość zalewam passatom pomidorową. Przyprawiam solą, pieprzem i papryką. Dodaję pół łyżeczki cukru by zredukować kwasowość passaty. Jeśli posiadasz świeżą bazylię możesz wrzucić kilka jej listków do środka. Wyłączam palnik po około 5 minutach, w tym czasie wciskam dwa ząbki czosnku do środka, dodaję około 1/4 łyżeczki suszonego oregano i pozostawiam pod przykryciem na następne 5 minut. 

Ugotowany makaron wykładam do miseczki, dodaję jeszcze ciepły sos i posypuję odrobiną sera mozzarella. Całość dekoruje listkami bazylii i możemy podawać. Daję gwarancję, że każde dziecko będzie zajadać się tak przygotowanym spaghetti bolognese ;)

Smacznego 😊

instagram @karellauk

Copyright © Simplliko